Szukaj
  • Michał Kubicz

Późnoantyczny klejnot

Zeszłotygodniowy post na temat przejścia od kultów pogańskich do chrześcijaństwa wzbudził ogromne zainteresowanie, które przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Dzisiaj chciałbym pójść za ciosem. Dlatego tym razem załączam fotorelację z wizyty w jednym z najbardziej niedocenionych zabytków starożytnego Rzymu, pochodzącego właśnie z tego okresu przełomu między „starym” i „nowym”. To budynek jeszcze tkwiący w starożytności, ale w którym czuć już powiew zupełnie innych czasów. O czym mowa? O mauzoleum Konstantyny – córki cesarza Konstantyna Wielkiego, znanym również jako kościół św. Konstancji.

Mauzoleum jest najczęściej pomijane przez turystyczne wycieczki – może dlatego, że leży poza ścisłym śródmieściem Rzymu, prawie 3 km na północ od dworca Termini. Lecz uwierzcie – to miejsce absolutnie magiczne, jeden z najlepiej zachowanych późnoantycznych grobowców. Przetrwał do naszych czasów praktycznie nietknięty między innymi dzięki przekształceniu go w kościół.


Z kościołem/mauzoleum związane jest pewne zamieszanie, które dotyczy nawet jego pierwszej „lokatorki”. Jedno jest pewne: cesarzówna Konstantyna na pewno nie była aż tak święta, jak moglibyśmy sobie wyobrażać! Starożytny kronikarz Ammianus Marcellinus pisze o niej tak:

„(…) dumna ponad miarę z racji tego, że była siostrą cesarza. Ojciec Konstantyn wydał ją najpierw za swego bratanka Hannibaliana. To – rzec można – wcielona Megera: nieustannie podsycała swego szalonego męża i nie mniej niż on żądna była ludzkiej krwi. Z biegiem czasu oboje stopniowo nabrali wielkiego doświadczenia w wyrządzaniu krzywd. Dzięki tajnym i sprytnym donosicielom, którzy do wiadomości zasłyszanych gdziekolwiek zwykli dodawać nowe łgarstwa, otrzymywali informacje wprawdzie fałszywe, lecz wygodne dla siebie. Na ich podstawie oskarżali niewinnych ludzi już to o dążenie do władzy, już to o uprawianie tajemnych praktyk” (Ammianus Marcellinus, „Dzieje rzymskie” tom 1, przekł. Ignacy Lewandowski).

Nawet jeżeli słowa Marcellinusa przyjąć jako retoryczną emfazę charakterystyczną dla starożytnych dziejopisarzy, obraz Konstantyny, który na ich podstawie rysuje, nie należy do przyjemnych. Nawiążę tu jeszcze do zeszłotygodniowego posta, w którym wspomniałem, że w okresie przejściowym między pogaństwem i chrześcijaństwem wyznawcy tradycyjnych kultów i chrześcijanie wzajemnie oskarżali się o uprawienie szkodliwych zabobonów („superstitio”). Nietrudno się domyślić, że kiedy Marcellinus wspomina o oskarżeniach rzucanych przez Konstantynę i przez jej małżonka o uprawianie tajemnych praktyk, ma zapewne na myśli właśnie któryś z epizodów tych religijnych konfliktów. Pytanie tylko po której ich stronie Konstantyna się znajdowała… Zgodnie z piękną średniowieczną legendą, którą znalazłem w Internecie (lepszego źródła niestety nie mam), Konstantyna nawróciła się dopiero u schyłku życia pod wpływem choroby i od tej chwili emanowała dobrocią. Idąc tym tropem należałoby przyjąć, że opisywane oskarżenia o tajemne praktyki pochodziły z okresu, w którym jeszcze tkwiła w pogaństwie, a w konsekwencji ich ofiarą musieli być chrześcijanie. Ale pamiętajmy, że to tylko legenda… Rzecz wydaje się co najmniej podejrzana. Konstantyna urodziła się mniej więcej w okresie, w którym jej ojciec wyraził silne poparcie dla chrześcijaństwa. Cała rodzina cesarza była mocno zaangażowana w popieranie nowej wiary. Jej babka podróżowała w poszukiwaniu relikwii do Ziemi Świętej, jej brat Konstancjusz II w imię obrony swych religijnych uczuć kazał z rzymskiej Kurii usuwać posąg Wiktorii… Mamy uwierzyć, że rodzina wyznawała już chrześcijaństwo, a tylko Konstantyna bardzo długo trwała w pogaństwie i nawróciła się dopiero pod koniec życia? Coś tu nie gra… Intuicja mi podpowiada, że ofiarami rzucanych przez Konstantynę i jej męża oskarżeń o tajemne praktyki wcale nie byli chrześcijanie, tylko przeciwnie – poganie, których pozycja w Imperium w tym czasie już wyraźnie słabła… Trudno oprzeć się wrażeniu, że cała historia z późnym nawróceniem Konstantyny miała tylko i wyłącznie dodatkowo ukryć fakt, że rzekoma święta była w gruncie rzeczy wredną babą, która tępiła osoby o innych przekonaniach religijnych. Powiedzmy sobie szczerze: taka narracja psułaby wizerunek nieskazitelnego pod względem moralnym pierwszego pokolenia chrześcijan oficjalnie uznawanych przez państwo. Lepiej było ukryć fakt, że rzekoma święta przez jej współczesnych została zapamiętana niemal jako „krwawa księżniczka”.

Ale wróćmy do wspaniałego mauzoleum Konstantyny. Kiedy byłem w nim pierwszy raz, popełniłem fatalną pomyłkę. Opierając się na XIX-wiecznych rekonstrukcjach, byłem przekonany, że grobowiec wzniesiono przy położonym poprzecznie wielkim ogrodzie, którego jeden kraniec oparto na wysokim sztucznym tarasie. Dopiero stosunkowo niedawno dowiedziałem się, że w rzeczywistości pierwotnie mauzoleum nie było budynkiem samodzielnym, a jedynie swego rodzaju dobudówką do wielkiej bazyliki wybudowanej w czasach cesarza Konstantyna. Innymi słowy, dzisiejszy wolno stojący budynek mauzoleum stanowi coś w rodzaju bocznej kaplicy wielkiej chrześcijańskiej świątyni ufundowanej przez cesarza na obrzeżach Rzymu na jego prywatnych gruntach. To, co ja wziąłem za wielki ogród obwiedziony potężnym murem, było w rzeczywistości pozostałością po wspomnianej bazylice. Bazylika popadła w ruinę już w VII wieku i do dziś pozostał po niej jedynie rzeczony mur. Za to mauzoleum zamienione na samodzielny kościół istnieje do dziś niemal nienaruszone.

Jest to piękna budowla: duch antyku miesza się w niej z duchem wczesnego średniowiecza. Okrągły grobowiec zbudowany jest z dwóch części: nieco niższego pierścienia zewnętrznego i wewnętrznego wysokiego bębna przykrytego kopułą. Obie części rozdziela seria kolumn zestawionych w pary. Kolumny są bardzo klasyczne. Nie wiem, kiedy je wykonano, ale nie zdziwiłbym się, gdyby pochodziły z którejś ze starszych budowli wykonanych w III wieku. W dużo mniej szlachetnej formie podobny kształt nadano ponad stulecie później rzymskiemu kościołowi San Stefano Rotondo na Celio.

Antyczna mozaika zdobiąca kopułę niestety nie przetrwała do naszych czasów (została zastąpiona nowożytnym freskiem), ale zachowały się w dobrym stanie mozaiki kolebkowego sklepienia przykrywającego zewnętrzny, niższy pierścień (zdjęcia w załączeniu). Warto zapłacić te parę euro w automacie, by na chwilę uruchomić oświetlenie mozaik. Gdy uniesiecie głowę, zobaczycie złociste sklepienia z motywami nawiązującymi do starszych wzorów antycznych – powtarza się na nich temat winobrania, wzory geometryczne, medaliony z postaciami ludzkimi. Dwie z postaci na mozaikach interpretowane są przez ekspertów jako Konstantyna i jej pierwszy mąż – Hanibalianus. Jeżeli ta interpretacja jest prawidłowa, sportretowanie pierwszego męża w mauzoleum przy cesarskiej bazylice potwierdzałoby tezę, że Konstantyna była chrześcijanką znacznie wcześniej, niż sugerowałaby to chrześcijańska tradycja. Co ciekawe, wzory mozaik sklepienia wyglądają jakby przeniesione z podłóg luksusowych rzymskich rezydencji końca III wieku. To intrygujący przykład tego, w jaki sposób mozaiki dekorujące w rzymskim świecie przede wszystkim posadzki, wpierw w niezmienionej formie wywędrowały wyżej – na sklepienia, a dopiero potem nabrały charakteru religijnego, jaki znamy na przykład z późnoantycznych kościołów w Rawennie, a jeszcze później – z Bizancjum.

Widoczny na mozaikach sklepienia temat winobrania jest także głównym elementem dekoracyjnym ogromnego porfirowego sarkofagu Konstantyny. Nieprzypadkowo sarkofag wykonano z porfiru – z uwagi na swą barwę porfir najbardziej zbliżony jest to purpury, a ta – jak wiadomo – to kolor zastrzeżony dla cesarzy i ich rodzin. Dzisiaj sarkofag znajduje się on w Muzeach Watykańskich, ale w kościele/mauzoleum można chociaż zobaczyć jego gipsową kopię.

Mauzoleum Konstantyny uważam za jeden z ostatnich akordów świetnej architektury cesarskiego Rzymu –ma ono piękny kształt i cechuje się doskonałym wykonaniem. Zachwyca mnie jego nowatorska jak na owe czasy bryła i tradycyjne w swej tematyce mozaiki, a dodatkowo promienie słońca wpadające przez wielkie okna centralnego bębna i rozpraszające się na kolumnach tworzą wewnątrz fascynującą grę cieni.

Kiedy będziecie w Rzymie, bezwzględnie warto zboczyć ze szlaki i nieco nadłożyć drogi, aby zobaczyć ten przepiękny zabytek epoki późnego cesarstwa rzymskiego.

0 wyświetlenia
 

Formularz subskrypcji

  • Instagram
  • Facebook

©2019 www.mkubicz.eu Michał Kubicz - strona autorska. Wszystkie zdjęcia chronione prawem autorskim. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.