Szukaj
  • Michał Kubicz

Agonia w marmurze…


Dziś o jednym z najbardziej rozpoznawalnych dzieł starożytnej sztuki europejskiej – o tzw. Grupie Laokoona. Rzeźba należąca z pewnością do najcenniejszych eksponatów Muzeów Watykańskich przykuwa uwagę każdego, kto przed nią stanie. Barokowa ekspresyjność sprawia, że trudno oderwać od niej oczy. Jednak to, co czyni ją interesującą, to nie tylko zaklęta w kamieniu, chwytająca za serce historia, ale także szereg tajemnic, które skrywa.


Zacznijmy jednak od początku. Rzeźba przedstawia trojańskiego kapłana Laokoona i jego dwóch synów. Historia Laokoona to pozahomerycki wątek wojny trojańskiej, którego nie znajdziemy w Iliadzie, a który znamy dzięki Eneidzie Wergiliusza. Laokoon miał przestrzegać Trojan przed przyjęciem daru Achajów w postaci słynnego drewnianego („trojańskiego”) konia, w którym skryli się żołnierze Greków. Laokoon wiedział, że po Achajach nie można spodziewać się niczego dobrego, lecz jego ostrzeżenia nie spodobały się bogom, których wolą było, by Troja została zdobyta. Aby „uciszyć” nazbyt rozgarniętego kapłana, nasłali na niego dwa straszliwe węże, które miały go uśmiercić. Wergiliusz pozostawia nam przerażający opis sceny, która się wówczas rozegrała:

„(…) po wodzie spokojnej

(Drżę, gdy wspominam to!) płyną dwa bliźnie

Węże, skrętami olbrzymimi morze

Gniotąc, a dążąc do brzegu. Ich piersi

Prężą się pośród fal, krwiste grzebienie

Sterczą, a reszta cielska chłoszcze wodę,

Wiją się grzbiety potężne, aż topiel

Huczy spieniona. Już dopadły łąki,

Płoną nabiegłe krwią i ogniem ślepia,

(…)

Prosto tam, gdzie jest Laokoont, pełzną,

Najpierw dwóch jego synów oplatają

Uściskiem, aby się paść nieszczęsnymi

Ciałami. Potem samego, gdy podbiegł

Z orężem w ręku, by ratować dzieci,

Chwytają zwojów przemożnym oplotem

Ściskają. Dwakroć go spętały w pasie,

Łuskowatymi grzbietami dwoiście

Owiły gardło, nad głową górując

Łbami na długich szyjach. (…)

Ku niebu krzyczy przeraźliwie,

Jakby to ryczał byk, kiedy zraniony (…)”

(Eneida, przekł. Z. Kubiak)

Rzeźba z Muzeów Watykańskich ilustruje właśnie ten dramatyczny moment, chociaż rzeźbiarze ukazali go nieco odmiennie z powodu szczególnych wymogów kompozycji (o czym dalej). Widzimy więc Laokoona i jego dwóch synów w chwili bezpośrednio poprzedzającej śmierć. Młodszy syn (z lewej) jest już boleśnie ukąszony i właśnie umiera. Spójrzcie na niego – jest młodziutki, jego szczupłe i delikatne ciało nie zdążyło jeszcze rozwinąć męskiej muskulatury, którą widać u ojca i brata. Łeb węża wgryzającego się w jego bok jest słabo widoczny, ponieważ zasłania go dłoń chłopca ostatkiem sił próbującego lewą ręką wyrwać paszczę potwora ze swego ciała. Wysiłki będą daremne: jego poza wskazuje, że zaraz bezwładnie osunie się na ziemię.

Znajdujący się w centrum kompozycji Laokoon przybiera pozę szczególnie ekspresyjną. Lewy bark cofnięty do tyłu, prawe ramię zgięte i uniesione, jakby chciał nim odrzucić wężowe cielsko (ten fragment rzeźby niestety się nie zachował). Głowa przekrzywiona, ciało wygięte w łuk i spazmatycznie wciągnięty brzuch. Zróbcie eksperyment – usiądźcie na stołku i spróbujcie przyjąć taką pozę jak Laokoon. Ja sprawdziłem i teraz wiem, że tylko potworny ból mógłby wymusić podobny układ ciała. Gdy przyjrzymy się Laokoonowi, zobaczymy, co jest źródłem jego cierpienia: to wąż wgryzający się w lewy bok wpuszcza śmiercionośny jad w jego żyły.

Wergiliusz pisze, że Laokoon krzyczał niczym zraniony byk, lecz rzeźba przedstawia rzecz inaczej. Marmurowy Laokoon zdaje się bezgłośnie patrzeć w niebo. Jedna z teorii mówi, że wyrzeźbienie krzyczącej twarzy spowodowałoby, byłaby ona „niemęska” i brzydka, podczas gdy piękno rzeźby było najwyższym celem jej twórców. Ja się nie do końca z tą teorią zgadzam. Moim zdaniem ból Laokoona jest tak wielki, że nie ma on już siły nawet krzyczeć. Wie, że i tak nic już nie zmieni boskich wyroków.

Ostatnią postacią jest starszy syn, którego widzimy po prawej i którego postać szczególnie przemawia do naszej wyobraźni. Dwa węże jak dotąd skupiły swą uwagę na jego młodszym bracie i na ojcu. Starszego syna jeszcze nie dopadły – na razie oplotły mu tylko jedną nogę, którą desperacko próbuje uwolnić z oplotu. Z przerażeniem obserwuje agonię swego ojca i brata, wiedząc, że za chwilę spotka go to samo.

Młodszy syn już kona, ojciec jeszcze walczy, starszy syn za moment podzieli ich los. Ukazanie w tak różny sposób trzech postaci zaatakowanych przez węże nadaje całej scenie niezwykłej dynamiki.

Historia Laokoona i jego synów może się nam wydawać okrutna, bo w tradycji judeochrześcijańskiej pokuta powiązana jest z grzechem, a kara wynika z przewinienia. Tymczasem starożytna mitologia stawia nam wobec świata, w którym człowiek jest tylko bezradnym pionkiem na boskiej szachownicy. W tym świecie tylko od decyzji bogów zależy, które pionki i figury zostaną poświęcone. Choć niczym nie zawinił, Laokoon musiał umrzeć, by mogła się spełnić wola bogów i by Troja upadła.

Ta wspaniała rzeźba przedstawia całą sytuację nieco odmiennie niż wersy Wergiliusza. U poety węże atakują najpierw obu synów Laokoona, a dopiero później jego samego. Gdyby rzeźba ukazywała zaatakowanych dwóch synów, jej wymowa byłaby dużo słabsza – obecność ojca spieszącego im na ratunek dawałaby przecież cień nadziei. Przedstawienie zaś konającego ojca i młodszego syna oraz bezradnie przyglądającego się tej scenie starszego syna pozbawia widza wszelkich złudzeń – cała trójka musi umrzeć.

Inna różnica: w Eneidzie węże oplatają podwójnym pierścieniem pierś i szyję Laokoona, i duszą go. Ukazanie sceny w ten sposób sprawiłoby, że wężowe cielska zasłoniłyby całkowicie tors mężczyzny, uniemożliwiając rzeźbiarzom uwypuklenie jego napiętych mięśni, a przecież właśnie muskulatura i nienaturalna pozycja dodaje rzeźbie dramaturgii. Dlatego rzeźbiarze zdecydowali umieścić węże w dolnej części całej kompozycji, aby nic nie przysłaniało ciał konającego Laokoona i jego synów. Z tego samego powodu cała trójka jest okazana nago. Powinni być ubrani, bo przecież węże dopadły ich w czasie składania ofiar, jednak kapłańskie stroje zasłoniłyby wszystko to, co rzeźbiarze chcieli podkreślić i co stanowi źródłem ekspresyjności dzieła. Rzeźbiarze musieli więc pominąć szaty.

Rzeźba jest źródłem wielu tajemnic. Odkryto ją na początku XVI wieku na wzgórzu Oppius. Pliniusz Starszy pisze, że stała w domu cesarza Tytusa Flawiusza. Na tej podstawie niektórzy wyciągają wniosek, że właśnie na Oppius był dom rodzinny Flawiuszów. Inna teoria mówi, że pisząc o „domus Titii”, Pliniusz miał na myśli w rzeczywistości część Ogrodów Mecenasa, które znajdowały się tuż obok, a które stanowiły element kompleksu posiadłości cesarskich w Rzymie. Gdyby tak było, należałoby chyba założyć, że rzeźba pochodziła ze Złotego Domu Nerona, którego Ogrody Mecenasa były przecież fragmentem. Ten argument wydaje się przekonujący o tyle, że ani Wespazjan, ani jego syn Tytus nie słynęli ze szczególnej ekstrawagancji, a ustawienie tak niezwykłej rzeźby we własnym domu pasuje do Nerona znacznie bardziej niż do jakiegokolwiek innego władcy tamtej epoki.

Jest jednak inna konkurencyjna teoria, która mówi, że dom cesarza Tytusa znajdował się na Kwirynale i że tam rzeźba pierwotnie stała. Miałaby ona zostać przeniesiona na Oppius przez Trajana w celu ozdobienia jego wspaniałych łaźni wybudowanych na fundamencie z pomieszczeń Domus Aurea. Jak było naprawdę, niestety nie wiadomo.

Inną tajemnicą jest to, kiedy rzeźba powstała. Pliniusz Starszy podaje imiona jej twórców (pochodzący z Rodos rzeźbiarze: Hagezander, Polidor i Atenodor), ale nie wspomina, kiedy oni żyli, a inne źródła niestety nie zawierają o nich żadnych wzmianek. Stąd problem z datowaniem tego arcydzieła: są w tej kwestii różne zdania. Jedni uważają, że rzeźba powstała w II wieku przed naszą erą, inni mówią, że była wykonana dopiero na zamówienie Augusta lub kogoś z cesarskiej rodziny. Jest też teoria mówiąca, że w rzeczywistości zamówiono ją jako ilustrację Eneidy Wergiliusza, który był przez Augusta bardzo cenionym autorem. Są też wreszcie tacy, którzy uważają, że to tylko rzymska kopia greckiego oryginału, który się nie zachował. Pewnych tajemnic Grupy Laokoona nigdy nie poznamy. Możemy jedynie podziwiać geniusz starożytnych artystów, którzy potrafili utrwalić w zimnym kamieniu tak dramatyczną chwilę.

0 wyświetlenia
 

©2019 www.mkubicz.eu Michał Kubicz - strona autorska. Wszystkie zdjęcia chronione prawem autorskim. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.